News

Coke Live Music Festival 2010 - przeczytaj relację!

2010-08-25
A A A Drukuj
Zapraszamy do obejrzenia galerii z drugiego i zarazem ostatniego dnia Coke Live Music Festival, w trakcie którego wystąpili m.in. Muse, The Big Pink i Panic!At The Disco. Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Jesteś ciekawy, co działo się na tegorocznym Coke Live Music Festival? Zajrzyj tutaj! :)

jane_

 

Na początku chciałam zaznaczyć, że to będzie prawdopodobnie najmniej obiektywna relacja z festiwalu, jaką kiedykolwiek wam zaserwowałam. Te dwa wieczory minęły strasznie szybko, nie wiem kiedy. Mam wrażenie, że w ogóle mnie tam nie było.

 

Ale jednak byłam.

 

Coke Live Music Festival to dość duża impreza, sponsorowana przez Coca Colę, która ma miejsce w Krakowie, na terenie Muzeum Lotnictwa. Mieliśmy - bo wiem, że dużo Kotkowiczów było na tym festiwalu - przyjemność bawić się na jego piątej edycji.

 

Jak dla mnie, był to festiwal zespołów, których piosenki znam, i pamiętam co drugie słowo w refrenie. Dlaczego? Bo większość z nich kiedyś słuchałam, byłam fanką, lubiłam. Potem przeszło. Czyli też miałam taki mały powrót do przedziału wiekowego 11 - 12. Te kilka lat temu dałabym się zabić najbardziej za Panic! at the Disco i 30 Seconds To Mars. Jakże miło było zobaczyć ich na żywo. Lecz zacznijmy od początku.

 

N*E*R*D

 

W gruncie rzeczy, uciekli mi drugi raz. "She Wants To Move" słyszałam pokonując tą zdecydowanie zbyt długą odległość od świateł przy McDonald's do wejścia na teren festiwalu. Trochę się bałam i przez ulicę nie przeszłam, tylko grzecznie zasuwałam na pasy, bo panowie policjanci pilnują. Ale mogliby coś z tym zrobić następnym razem. Zadbać o nasze nogi, które i tak czeka 'wielki' wysiłek. Tak więc tyle z NERD. Wychodząc z założenia, że pojawili się tutaj rok po ich występie na Orange, pojawią się u nas jeszcze nie raz, więc nawet tak strasznie nie żałuję. Choć ponoć fajnie było. Poza tym, poleciałam zapoznawać się z towarzystwem.

 

30 SECONDS TO MARS

 

Byłam świadoma, że do barierek nie mam szans się dostać. Trudno. Na początek rzucała się w oczy postać Jareda - blond fryzura, białe wdzianko. Jego głos jest nieznacznie inny niż na płytach. Nawet ciężko mi określić, gdzie jest ta różnica. Pierwszą część koncertu spędziłam bawiąc się w tłumie, który wyśpiewywał każdą, dosłownie KAŻDĄ linijkę tekstu piosenek. Czasem nawet wokalista nie musiał śpiewać. Pozdrowienia dla pani, która nuciła totalnie nie w rytm usprawiedliwiając się, że 'no co ona ma zrobić, jak nie zna zespołu'. Przynajmniej dobrze się bawiła. Do mnie ostatecznie doszło, że 30 Seconds To Mars w większej ilości mnie nudzą. Sama pośpiewałam wszystkie większe 'hity' z A Beautiful Lie, w tym The Kill, odegrane akustycznie, co mi osobiście niezbyt przypadło do gustu. Jared mówił nam wiele komplementów, wychwalał publikę, cieszył się, uśmiechał, ale, co najważniejsze - zapowiedział, że wrócą do nas w grudniu. Na ten temat nic nie wiadomo, co ciekawe. Ja się zastanawiam, czy to było zaplanowane, czy to taka spontaniczna decyzja. Trzymam ich za słowo, i mam nadzieję, że cuda się zdarzają, i udałoby mi się dotrzeć na ich występ. Było mi za mało, czułam niedosyt, i tak dalej... Może dlatego, że jako ledwo-nastoletnia fanka naczytałam się, co się wyrabia na ich koncertach. Tutaj, moim zdaniem, była tego namiastka. Szczęściary, zaproszone na scenę, jej, wierzcie, zazdroszczę wam strasznie. I przyznaję - z niecierpliwością czekałam na "Closer To The Edge". Wypadło świetnie. Śpiewanie z nimi i krzyczenie 'NO! NO! NO! NO!' było cudowne. O ile się nie mylę, na sam koniec zostawili "Kings & Queens", ile ta muzyka ma w sobie emocji, nie tylko ta piosenka, chodzi o całość. To niesamowite. 30STM pociągają za sobą tłumy, to piękne, i ten koncert był pięknym przeżyciem. Chcemy więcej.

 

A teraz sobie pomarudzę, mam pytanie.

 

Jeżeli nie chce się samemu bawić, dlaczego nie puści się innych do przodu? Ja wiem, czeka się, znajduje się sobie miejsce, okej, tez mogłabym pójść szybciej, ale nie zmienia to tego, że strasznie wkurzało mnie, jak chcę sobie poskakać, a nie mogę się przedostać przez grupy stojących jak słupy ludzi, i nie puszczą do przodu, skądże. Publika w ogóle, była jakaś... niemrawa. Mało spontaniczna. Ale to może jedynie moje wrażenie.

 

 

THE CHEMICAL BROTHERS

 

Muszę się do czegoś przyznać. Zatrzymałam pisanie na Muse, postanawiając dokończyć artykuł później. Dopiero teraz, kolejnego dnia, zauważyłam, że nic na ich temat nie napisałam. Jak mogłam! Leciałam pod scenę przy dźwiękach "Galvanize", przy "Another World" miałam już w-miarę-okej miejsce. Jak bardzo podobał mi się właśnie ten utwór. Jak dla mnie, było idealnie na tą porę wieczoru. Zamknąć oczy, i odpłynąć w rytm elektronicznych dźwięków Chemical Brothers... Bardzo, bardzo mi się podobało. Widziałam ich pierwszy raz, i wiele osób może się ze mną nie zgodzić, co do tego, czy koncert był dobry, czy nie. Czytałam opinię przypadkowych osób - a że brak kontaktu z publiką, i tak dalej. Dla mnie to zbędne. Dźwięki obroniły się same. Bardzo chciałam ich zobaczyć, i mimo, że nie usłyszałam niczego super-znanego z We Are The Night, nie jestem zawiedziona. Mimo to, piętnaście minut po północy wpadłam na głupi pomysł pobiegnięcia na Coke Stage, która była dość daleko od Maina, a wiedziałam, że muszę już zmykać. L.Stadt grali 'Superstar', coś mi ogólnie nie pasowało, więc bez żalu usunęłam się z festiwalowego terenu, przebywając kolejny raz zdecydowanie zbyt długi dystans. Festiwalowe uroki. c;

 

THE BIG PINK

 

Początek dnia drugiego. Byłam w szoku, kiedy okazało się, że grają na Coke. To nie jest dla nich dobre miejsce. Główna scena, gdy świeci jeszcze słońce, to zdecydowanie nie jest dobre miejsce. A Big Pink pokazali nam, jak to jest grać dla publiczności Muse. Na którą byłam strasznie wkurzona, myślałam, że rozniosę. Przyszłam o 18:00, czyli podczas grania Much (nie powalili, nie mam zdania, więc się na nich nie skupiłam, podobała mi się tylko wstawka: 'wszyscy idziemy na Plac Wolności... bronić Krzyża'), czyli godzinę przed The Big Pink, i nie miałam co liczyć na pierwsze rzędy. Pewnie osoby, które przyszły tam specjalnie na nich, albo znały coś oprócz 'Dominos' mogłabym spokojnie policzyć na palcach. Ja się chcę bawić, a ludzie obok prawdopodobnie powstrzymują ziewanie. Do przodu mnie nie puszczą, zawsze można się pchać, ale mogą mi zrobić krzywdę, że sobie przywłaszczam cudzy skrawek przestrzeni. Więc jako jedyna w towarzystwie trochę się pokiwałam, podarłam, pośpiewałam, i tyle mojego. Serdeczne, gorące pozdrowienia dla chłopca, który po koncercie stwierdził, że dobrze, że nie wyszli na bis.

 

Co do samego występu - perfekcyjnie zagrali. Co prawda, były momenty, które mnie osobiście nudziły, ale cały koncert bardzo mi się podobał. Usłyszałam wszystko, co chciałam - Velvet, pełne energii Tonight. The Big Pink skończyli zdecydowanie za szybko. O wiele za szybko. Poleciało Dominos, i wreszcie chociaż usłyszałam jakieś klaskanie w rytm. Mam nadzieję, że wrócą, i zagrają w miejscu, gdzie będą ich chcieli.

 

PANIC! AT THE DISCO

 

Dwie pierwsze piosenki mi uciekły. Ludzie znowu słabo reagowali, a do przodu pójść nie dali, a tam, widziałam, niezła impreza musiała być. Pozdrowienia dla chłopców, którzy doczepili się do nas - dwóch dziewczynek przebijających się w miarę możliwości, pytając, czy my oby na pewno zmierzamy w kierunku sceny, a przed nami iść nie chcieli, rzucając nas na pożarcie. Musicie sobie wyobrazić, czym dla mnie są Panic! At The Disco - to najprawdopodobniej pierwszy zespół, który pokazał mi troszkę inne granie. Kochałam ich bardzo mocno i bardzo długo, także za Pretty. Odd. A potem mi przeszło. A potem się rozeszli. I rozpatruję to jako osobistą tragedię. Trudno, mimo wszystko, Brendon i Spencer stawili się na koncercie, choć ostatnio wręcz nie grają. Nasze szczęście. Dali bardzo dobry występ. Podobał mi się głos wokalisty, i nie wiem, czy tak było, czy to moje urojenie, że kiedyś gdzieś czytałam, że Urie nie potrafi śpiewać na żywo. Potrafi. Albo zdążył się nauczyć. Wychodzi mu to pięknie. Zdecydowanie bardziej ożywiałam się na piosenkach z ich debiutu, Build God, Then We'll Talk, mój faworyt od zawsze i na zawsze, wypadł nieziemsko. But It Better If You Do nie pamiętam, a to dziwne. Za to nigdy nie zapomnę tłumu krzyczącego 'whore' na I Write Sins No Tragedies. Cudowne uczucie, bawić się do tego utworu, słyszeć go na żywo. Jej. Bardzo podobał mi się ten koncert. Podobał mi się zadowolony Brendon. Nie podobało mi się, że skończyli grać, ale muszą, muszą wrócić do nas z nowym materiałem. Koniecznie. I co jeszcze - odświeżyłam sobie po powrocie do domu ich płyty. Wciąż dają radę. No i nie wiedziałam, że mają w Polsce aż tyle fanów.

 

MUSE

 

Określam się już na początku - zdecydowanie nie jestem ich fanką. Jednak należy zobaczyć najlepszy zespół koncertowy świata, jak się ich określa. Zobaczyłam. Na jakieś 20 (15?) minut przed koncertem, przy dźwiękach Time To Pretend jechał sobie pociąg. Dojechaliśmy, a i owszem, było dobrze, ale nie wystarczająco, lepsze to, niż nic. Wychodzi Ziółkowski, czyli główna postać Alter Artu, organizatora, nie widzę go, jaka szkoda. 'Dwa kroki do tyłu', czy tam trzy, ile ich miało być? O losie. W tym momencie dwie dziewczyny rzucają się do przodu, pozdrawiam. Pan Ziółko wypowiada magiczne słowo: MUSE. I słyszymy Holiday Green Day'a. Swoją drogą, całkiem niezła muzyka była odtwarzana z Main'a - La Roux, Justice vs. Simian, milusio. I jeszcze jakaś elektronika, gdzieś właśnie po MGMT przed Muse, ktoś mnie poratuje tytułem? Jeszcze chwila oczekiwania, napięcie w powietrzu, uch, no już, wychodzić, gdzie oni są, spóźniają się. Są. Muse. Największa gwiazda tegorocznej edycji. Nie pomylę się, jeśli napiszę, że większość pojawiła się w Krakowie dla nich. Zaczynają. Grają New Born. I teraz największa niespodzianka tej edycji, jak dla mnie - całą piosenkę spędziłam 'na barana', ponad tłumem, nie wierząc za bardzo w to, co się dzieje. Dziękuję, dziękuję, bardzo dziękuję. To było niesamowite, te lasery, możliwość zobaczenia wszystkiego, całego zespołu na scenie, tłumu. Łał. Dzięki, raz jeszcze. Potem było fajnie: Map of the Problematique, Uprising, Supermassive Black Hole, wszyscy znają, śpiewają, skaczą. Przy Guiding Light zaczęłam się trochę nudzić. Pani obok mnie na Unitet States of Eurasia zaczęła płakać, a ja się nudziłam dalej. Undisclosed Desires, tak na przebudzenie. Co do akcji 'latarka' - ktokolwiek wziął w niej udział? Ja nic nie zaobserwowałam, i ha, ha, ha - może to wina tego, że efekty świetlne jednak pojawiły się w sporej ilości. Bliss, bez szału, jak dla mnie. Resistance, w miarę lubię i fajne do śpiewania. 'It could be wrong, could be wrong'. A potem poszło bardzo szybko. Time Is Running Out (kochany moment jest w tym utworze, gdzie wszyscy sobie nucili), Starlight, którym Muse mi się te kilka lat temu objawili (bodajże w Wigilię, żeby było śmieszniej) i Plug In Baby, którego wykonanie publiczności utwierdziło mnie w przekonaniu, że fani 30STM śpiewają lepiej.

 

Dużo energii, wiadomo. W sumie, bo ja wiem, czy w pewien sposób sztucznej. Trochę tak. Wszystko, każdy dźwięk, był perfekcyjny. Wszystko się zgadzało. Miałam wrażenie, że słucham ich z płyty. Aż dobrzy, czy zbyt dobrzy? Za to nieperfekcyjne były słowa: 'bardzo dziekujemi'. O. I od razu milej. Muse sobie poszli. Krzyczymy 'Mjus, Mjus'. To z kolei pokazało, że mają głupią nazwę. W sensie - nie służy takim sytuacjom. Szczerze, miałam ochotę się zebrać i pójść, ale było wiadomo, że czeka nas bis. Okej. Są. Jest Hysteria. Jakże cudowna piosenka, od koncertu nie mogę się od niej uwolnić, chyba jedyna z repertuaru Muse, której mogę sobie słuchać bez obawy o to, że może mi to zaszkodzić. No, może jeszcze Time Is Running Out. Były baloniki udające wielkie gałki oczne, mnie nie zachwyciły, swoje Flaming Lips już przeżyłam. Kinghts Of Cydonia niezbyt lubię. Ale była Harmonijka, było odśpiewane 'a a a', spoko. Wieeeelkie oklaski, bo to już koniec, już po Muse, większość przeżyła swój koncert życia, Jane sobie myśli 'hm, nie przekonali mnie do siebie, jaka szkoda', a potem były fajerwerki, bardzo dużo, czułam się, jakby Sylwester był w sierpniu. Razem z koleżanką postanowiłyśmy się wydostać już podczas trwania tego pokazu. To był zły pomysł, bo inni też na to wpadli, i zrobił się tam troszkę Tunel Parady Miłości. Ale udało się wyjść cało i zdrowo z tej opresji. Z perspektywy czasu koncert oceniam lepiej, niż chwilę po jego zakończeniu. Było okej.

 

To był Muse. Czego ja się spodziewałam? Był 'najwyższy poziom'? Był. I dobrze. Smutno było myśleć sobie, że to już koniec tej dwudniowej eskapady, i koniec mojego letniego festiwalowania się. Na Orange nie dotrę.

 

 

Chciałam serdecznie podziękować Kasi, za to, że zechciała ze mną spędzić czas na tych kilku koncertach, pozdrawiam również jej brata, i jego znajomych, z którymi spędzałam głównie czas między koncertami, rozmawiając również o tym, że tu piszę. Może ktoś z was to teraz czyta. To takie zabawne. Dziękuję, było mi bardzo miło. c; Swoją drogą, miałam wspomnieć - Heineken niedobry. Osobiście nie sprawdzałam. I, oczywiście, wielkie podziękowania dla Kotka, który dał mi możliwość zabawy w Krakowie.

 

 

I może Coke nie ma atmosfery OFF'a, może nie bawiłam się dokładnie tak, jak chciałam, ale z chęcią spędziłabym taki weekend jeszcze raz. Co do samej Coca Coli - pomysł z rozdawaniem maleńkich puszek na każdym kroku w mieście był cudowny. Faktycznie, za sprawą tego 'uwolniłam radość'. c;

 

 

Choć martwiłam się, że mało wyjdzie tekstu, patrzcie, jaki ogrom. Nie mogę się pozbyć także wrażenia, że zapomniałam napisać Wam o czymś ważnym. A dziś zdjęłam opaskę. I tak jakoś pusto na rączce.

 

Byliście na Coke?

 

jane_

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Skomentuj:

Musisz się zalogować, by dodać komentarz. Jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.

Komentarze (225)

  • ziqu

    0

    jak ja wam zazdroszczę że tam byliście, że zobaczyliście 30STM, no ale idę 14.12-będzie bosko :))

  • wika23

    0

    a ja sie doryłam do pierwszego rzędu pod koniec występu nerda...heh

  • ilovetwilight..

    Oceniono 5 razy -5

    Ja stąd słucham tylko Muse ;) . I znam ich tylko 2 piosenki ;p . Na początku bardzo chciałam tam być jak oglądałam reklamę w telewizji , ale po przeczytaniu tego nie miałabym ochoty , bo wydaje mi się , że tam było dużo osób starszych ode mnie , to jest dla mnie za daleko i nie miałabym z kim tam pojechać i nie opłaca się tam być dla jednego zespołu ; / .

  • toffi_15

    0

    wszystko byłoby fajnie gdyby nie ci tępi ludzie którzy zamiast ustać gdziekolwiek bo tłum był niemożliwe wielki to przez cały czas kręcili się jakby nie wiadomo czego szukali.najpierw na chama przepychają się do przodu i depczą po stopach tylko po to żeby za 5 minut wracać bo im coś nie pasuje

  • martyna17

    0

    koncert muse był ekstra i jeszcze kiedyś z pewnością na nich pojadę. nie zgadzam się z opinią jane na ich temat...według mnie nawet ci co za nimi nie przepadają nie mieli na co narzekać.nie bez powodu są najlepszym koncertowym zespołem

  • thenight

    Oceniono 2 razy 2

    zaczynam drugi rok dziennikarstwa w pazdzierniku, pracuje dorywczo jak potrzebuje pieniedzy, dla przyjemnosci czasem pisze o kulturze. na festiwale jezdze odkad mialam 15 lat, gdy bylam na pierwszym offie rodzice mysleli ze jestem nad morzem z kolezanka i rodzicami, z czasem zrozumieli ze nie ma takiej sily ktora by mnie powstrzymala przez realizowaniem planów i odpuscili ;)

  • jane_

    Oceniono 2 razy 0

    thenight, powiedz mi, jeśli mogę wiedzieć, czym się zajmujesz w życiu? c; // ochota to jedno, ja nie mam możliwości jeszcze samodzielnego decydowania o sobie, że tak to ujmę. ;c

  • thenight

    Oceniono 1 raz 1

    prawda, pukkelpop to festival ciezkich wyborow, ale mimo ze musialam zrezygnowac z erola alkana na koszt queens of the stone age to nie czuje sie pokrzywdzona. zawsze bylo tak ze w przypadku artystow grajacych w tych samych godzinach jednego juz widzialam a drugiego nie. pukkelpop to cudowne zjawisko, jak dla mnie to festiwal cudownej zabawy, poznawania miliardów nowych ludzi i widowisko wizualno-słuchowe. moim zdaniem przebil w tym roku glastonbury! jak mialybyscie ochote jechac za rok, odzywajcie sie do mnie

  • jane_

    Oceniono 1 raz 1

    mam nadzieję, że nigdy nie przyjdzie mi pójść na coś tak dużego jak pukkelpop, to jest nie-do-o-gar-nię-cia. miałabym straszne poczucie winy, że coś zobaczyłam kosztem czegoś innego. straszne. no chyba, że jak będę miała 40stkę na karku, zobaczę już w swoim życiu 8276328970 wykonawców i będe miała wszystko gdzieś, to może wtedy. obecnie chyba bym się nawet nie zdecydowała na uczestniczenie w czymś takim. niemniej, z drugiej strony, zazdroszczę strasznie. ;D

  • thenight

    Oceniono 1 raz 1

    ładna recenzja. pomocna bardzo. sama byc na coke'u nie moglam, bylam zagranico bo w dalekien belgii szalejąc na pukkelpop festival. recenzje jane sa ladne, gdy ktos nie widzial występu a zna renomę artystów. są ładne bo oddają emocje. dlatego wlasnie przeszukalam kotka z nadzieją odnalezienia relacji z coke'a. jak juz mowilam, ladna relacja

  • bouche2

    Oceniono 2 razy 2

    ej, ale tak w ogóle to na muse przede mną stała dziewczyna która nie bawiła się, rzucała się do ludzi, którzy ją dotknęli, nie biła braw, no zero jaiejkolwiek reakcji, a przepchała się prawie pod samą scenę, myślałam że ją zdzielę, zwłaszcza że słyszała jak komentowałam jej zachowanie z koleżanką. też nie rozumiem po co się przychodzi, jak się nie ma zamiaru bawić. nie no okej, stanąć gdzieś z tyłu, ale po jaką cholerę się pchać pod samą scenę i rzucać do ludzi? :>
    /ja tam bym wybaczyła ten maleńki incydent na N.E.R.D, no bo biedaki dużo mają tych koncertów. [bardziej zasmuciła mnie lilu, która była u mnie w chełmie i zaczęła krzyczeć 'chełmno!'] co nie zmienia faktu, że bawiłam się na nich średnio.
    /wtedy na Muse marzyłam o tym, żeby jedna z tych piłek do mnie podleciała i żebym mogła ją dotknąć i nic, tamto marzenie mi się nie spełniło niestety ;]

  • yourbadream

    Oceniono 1 raz 1

    Widzę, że niektórzy powinni wrócić do szkoły, albo sobie wygooglać, co to znaczy recenzja. W tym wypadku: "Recenzja reportaż – ocena dzieła przebiega w niej jako proces przedstawiany równocześnie z zapisem obserwacji, którą prowadzi recenzent, uczestnicząc w recenzowanym wydarzeniu artystycznym.", jakby nie patrzeć jane oceniła, napisała co zaobserowowała (np. ci, którzy tylko stali), dodała swoje odczucia i tyle. CO SIĘ CZEPIACIE? Ludzie są różni i mogą odebrać całość zupełnie inaczej niż wy. Jane jest tylko człowiekiem i nie była w każdym możliwym miejscu na Coke, aby opisać jak to się działo po lewej stronie, po prawej i z tyłu, jak to ludzie w każdym punkcie się bawili i tak dalej. No trochę logiki.

  • yourbadream

    Oceniono 6 razy 0

    Nie byłam i nie żałuję. Nie jestem fanką żadnego z tych zespołów. Czasem tylko się któregoś posłucha, ale to za mało, aby się wybrać na festiwal i pół Polski przejechać. Moja koleżanka była zachwycona Marsami, wiadomo fani zawsze się dobrze bawią na swoim zespole. Widzę, trafiło ci się też grono sztywniaków. Raczej wszędzie tacy są co tylko stoją jak słup soli... Liczy się to, że się dobrze bawiłaś ;)

  • gucik13

    0

    łeeeeeeeeee :c teraz jeszcze baaaardziej żałuje, że mnie nie było ! po tym opisie P!ATD :c

  • siatkara95

    0

    ulessa tak to prawda. publiczność obdarzyła go głuchą ciszą a ten po paru sekundach sie poprawił "What's up Krakow?". ale nie smak pozostał. :(

  • vampiressa_93

    Oceniono 1 raz 1

    jak ja bym chciała zobaczyc Musa.... widziałam na youtube kilka piosenek z tego koncertu i jak dla mnie ogromnej fanki tego fenomenalnego zespołu był to świetny koncert. A te piłki w kształcie gałek ocznych byłe extra... i jeszcze jak ludzie sobie je odbijali do siebie ;] wrażenie po obejzeniu filmow było ogromne... płakałam na knights of Cydonia i jak powiedzieli dzieki Crocow! same filmy wywarły na mnie wrażenie.. ciekawe co bym zrobiła na samym koncercie ;D

  • lost_ona

    Oceniono 2 razy 0

    Szkoda że nie byłam xD Muse :) a chciałabym ich tak zobaczyć :P

  • ulessa

    0

    Słuchajcie, czy to prawda, że ktoś z N.E.R.D krzyknął : "What's up. Warsaw?" ;>
    Bo byłam tylko na drugim dniu a to słyszałam gdzieś w tłumie i czy to tylko plotka?

  • julka.w1

    Oceniono 14 razy 12

    tata kupił mi 3 bilety jako prezent na urodziny dla mnie mojej koleżanki i jego. mama nie pozwoliła mi jechać. moi rodzice są 8 lat po rozwodzie. to jest nienawiść do kogoś kogo się kochało. :(

  • aleeex_

    Oceniono 1 raz 1

    no i oczywiście I write signs not tragedies . największy ogień < 33333

  • aleeex_

    Oceniono 3 razy 3

    hahaha . to było mocne . nie zapomnę nigdy tego koncertu najważniejszy jak na razie w moim życiu . weszło się na Panic! at the disco . nie dało się wyjść aż do końca całego koncertu . największy ścisk na Muse oczywiście. i debilni ludzie czekający na ostatnią chwilę a potem przepychający się na chama . wytnie się to że zostałam obmacana po tyłku ;d ale nie zapomnę nigdy . Knights of Cydonia boskie < 33333 no i I write signs not tragedies . ;d największy ogień na tych piosenkach . pozdrawiam wszystkich coke'owiczów ;d

  • kiciazoo

    Oceniono 3 razy 3

    żałuję, że nie byłam. kocham marsów! <333

  • hayley.rock

    0

    a w ogóle, czy ktoś pamięta gościa w czarnych rękawiczkach wydzierającego się 'chcemy wody! dajcie wodę!' lub 'woda' po niemiecku, angielsku i rosyjsku?? ;) (po tym jeden gość ze sceny rzucił nam butelkę wody ;D) jeżeli tak dajcie znać na moim profilu pod zdjęciem Muse

  • hayley.rock

    0

    byłam, lecz tylko w 2. dniu, i teraz się rozpiszę. The Big Pink... haha, pewna Ukrainka przede mną ciągle szalała przed ich piosenkami, na wejście Panic!... moja siostra zgubiła buta, ponieważ tłum nieoczekiwanie zaczął robić tzw. 'domino', a na 'I Write Sins No Tragedies' nie zapomnę śpiewu tłumu 'What a beautiful wedding'. ach.. piękna chwila. Muse- 'Bliss' chodziło mi po głowie jeszcze do 4 rano, kiedy dopiero usnełam ;) wspaniałe solówki, wszystko piękne...

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX